sobota, 3 grudnia 2011

tea time

O Anglii i jej mieszkańcach w Sheffield słów kilka, znowu :).

Mieszkam tu już przeszło dwa miesiące. Przez ten dość długi czas zdążyłam zaobserwować całkiem sporo "przypadłości" angielskich. O usposobieniu kompletnie przeciwnym, niż w moim ojczystym kraju wspomniałam poprzednio, dzisiaj kilka ogólnych wyników mojego konkursu spostrzegawczości. Dla odmiany kilka rzeczy irytujących ;).

Anglicy gadają. Cały, kurwa, czas. Do siebie, do klientów, do obcych ludzi. Ida ulicą i coś do siebie mamroczą, nikogo to kompletnie nie obchodzi, nikt nikogo palcami nie wytyka, że wariat. Lubię to pod tym względem,  że gdy idę ulicą słuchając muzyki, ZAWSZE ruszam ustami do tekstu. W końcu nikt nie patrzy na mnie jak na świra. W sklepie babka skomplementuje Twoje paznokcie (dzisiaj byłam świadkiem), zapyta jak Ci dzień minął, lub stwierdzi, że piździ na zewnątrz. Pardą, na polu ;). Dziadek na przystanku zacznie do Ciebie mówić zupełnie bez powodu, zagadując o kompletnie randomową rzecz. Obcy ludzie z pytania o drogę zrobią pełnoprawną konwersację :). Czasem jest to miłe, ale zdarza się, że bywa irytujące, kiedy np. jesteś wkurwiony po całym dniu łażenia po mieście za robotą, a oni cały czas gadają.

Anglicy nie dbają o uzębienie i ubranie. O ile brak gustu w ubieraniu jeszcze idzie zdzierżyć, to jak można tak zaniedbać swoje uzębienie, które jest przecież wizytówką człowieka - tego nigdy nie zrozumiem. I nawet nie chodzi o zepsute zęby (choć nikomu w paszczę nie zaglądałam), ale ich krzywiznę. Co drugi Angol ma ząbki co drugi wystąp, co nieraz psuje cały obraz całkiem przystojnego chłopaka, lub ładnej dziewczyny. Brak gustu i kompletny brak samokrytyki to coś z zupełnie innej beczki. Szczupłe, ładne dziewczyny do sklepu po chleb chodzą wystrojone jak diwy, a z kolei ich grubsze, mniej atrakcyjne koleżanki wręcz uwielbiają ubierać krótkie szorty, obcisłe bluzki i kuse spódniczki. Mało kto zawraca sobie faktycznie dupę tym, jak wygląda, co czasami dla człowieka z zagranicy potrafi być niezłym eyefuckiem. Nie mówię, że Polki są jakieś wybitnie stylowe, bo "perełki" znajdą się zawsze, ale Angielki kompletnie nie patrzą jak wyglądają - i jest to nagminne. Zasada jaka mam wrażenie tutaj panuje, to im dziewczyna mniej atrakcyjna, tym bardziej się próbuje lansować i wybijać.

Obywatele Anglii jeżdżą uprzejmie. Czasami aż nadto. Pieszemu wolno prawie wszystko, z kolei kierowcy są ograniczeni. Conajmmniej szejset razy przebiegałam na czerwonym świetle, bo nic nie jechało, nieraz zaraz obok stali policjanci. Ludzie wychodzą z założenia, że jeśli nie muszą wciskać magicznego guziczka pt. "Daj pan zielone", to tego nie robią, żeby nie tamować ruchu przez czerwone światło, które utrzymuje się chwilkę po tym, jak przejdą. Policja za to ma to w głębokim poważaniu. Kierowcy są za to do urzygania uprzejmi i wręcz flegmatyczni. Dzisiaj facet stał na skrzyżowaniu bez świateł, z włączonym migaczem, ja sobie idę z naprzeciwka, patrzę, a ten stoi. Zastanawiam się, czy się rozmyślił, czy co, patrze, a tu za 10 sekund dopiero z prawej  jedzie w dół ulicy samochód. Dopiero, kiedy ten z głównej przejechał, gość próbujący skręcić ruszył. Rozumiem, pierwszeństwo i wszystko, ale przeciętny Polak przejechałby 10 razy, zanim ten drugi gość się doturlał do skrzyżowania.
Rzeczą, która mnie z kolei wybitnie irytuje, to zostawianie samochodów na środku jezdni. Po prostu, chcę do sklepu, staję na pasie, a inni mnie wymijają. Włącznie z autobusami. I jest to zupełnie normalne. Mnie by cholera wzięła, jakbym musiała wymijać każdy samochód pod drodze, ale cóż, co kraj, to obyczaj, tutaj nikomu to nie przeszkadza. Z jednej strony ich sposób jeżdżenia nie jest zły, bo wolę to, niż jak kierowca drze mordę na Ciebie, bo musi stać na światłach i jego to wszystko miłe, ale mnie jako kierowcę tutaj - zalałaby krew.

Dziękuję za uwagę :).